pl.NETWORK

Darmowy hotel, pierwsze leniwce i pełne potu Cerro Chato

5 komentarzy

suchy
53
15 dni temuSteemit5 min czytania

WP_20180316_017.jpg

Po dwóch nocach w techno hostelu zdecydowaliśmy, że drogę do La Fortuna pokonamy na spokojnie, w dwa dni, by się wyspać i przy okazji zobaczyć Laguna de Arenal. Dużego wyboru nie mieliśmy, więc zdecydowaliśmy się na postój w miejscowości Tilaran, skąd do jeziora było jakieś 30 minut autobusem. Monteverde opuściliśmy wraz ze wschodem słońca i pianiem kogutów, co było definitywnie lepsze niż ta (dodaj odpowiednie epitety) muzyka.

Na widok autobusu aż podskoczyliśmy z radości, a to dlatego, że w ogóle się pojawił. Był spóźniony ponad godzinę, ale dotarł i to bylo najważniejsze. Podróżowanie uczy cierpliwości. Serio.

Po zameldowaniu się w najtańszym i całkiem przyjemnym hoteliku w Tilaran, pobiegliśmy łapać kolejny autobus, który zabrałby nas w okolice laguny. W pełni przygotowani do pływania, tylko marzyliśmy by zanurzyć się w chłodnej wodzie. Jak się szybko okazało, było to nie lada wyzwanie, gdyż zejścia do wody nie było. Była droga asfaltowa, był las, były ścieżki, które nie doprowadzały do jeziora oraz byliśmy my, twardo niedający za wygraną. Wciąż sprzeczaliśmy się czy iść w lewo czy w prawo. No i tak szliśmy w jedną stronę, potem w drugą, aż doszliśmy do prywatnych posesji.

Obudziliśmy pana drzemiącego w hamaku pytaniem jakim sposobem możemy dojść i zamoczyć pupki w wodach tego jeziora. Ten bez zastanowienia wpuścił nas na swoje podwórko i kazał iść w dół, w stronę pasących się byczków.

WP_20180314_009.jpg

WP_20180314_006.jpg

WP_20180314_002.jpg

No to poszliśmy. Wiatr był tak silny, że tylko Suchy zdecydował się wskoczyć do wody. Kąpiel w lodowatych jeziornych falach zaliczona, więc można było wracać. Zgodnie z naszą zasadą, czyli bez pośpiechu, znaleźliśmy idealny punkt na rozwieszenie hamaków, także siłą rzeczy wpierw był czas na drzemkę, potem na autobus.

WP_20180314_010.jpg

Wróciliśmy po zmroku, zjedliśmy, szybki prysznic i lulu, bo o 6 rano musieliśmy być po drugiej stronie ulicy, czyli na dworcu. Z tego całego pośpiechu zapomnieliśmy zapłacić za pokój, ale co najlepsze, nikt się o te pieniądze przy zameldowaniu nawet nie upomniał, a nas oświeciło dopiero w autobusie, że rachunek wciąż jest otwarty. Ostatecznie Booking miał pobrać płatność bezpośrednio z karty, czego nie uczynił, a ludzie z hostelu więcej się nie odezwali. Kalkulując, był to najtańszy hostel w trakcie całej naszej wyprawy 😊

W La Fortuna wszędzie czuć powiew rozdmuchanych atrakcji turystycznych, pełno plakatów, biur podróży, hosteli dla backpackerów (backpackerstwo teraz w modzie, nawet jeśli podróżujesz z walizką na kółkach), wszędzie cię zabiorą, tylko sypnij im zielonymi. Tym razem zapłaciliśmy przed wejściem do hostelu, żeby nie było i rozważyliśmy nasze możliwości. Do wyboru mieliśmy:

  • wycieczka za dolary na wulkan Arenal
  • wycieczka do Parku Narodowego Arenal za jeszcze więcej dolarów
  • wodospad La Fortuna, wejście srogo płatne
  • kąpiel w Rio Fortuna – darmowa
  • wejście na wygasły wulkan Cerro Chato – prawie za darmo (2$ od osoby, nie dało się wytargować mniej)
  • wypatrywanie leniwców – normalnie 10$ osoba, ale zapłaciliśmy 20$ za 3

Jak widać, opcja 3, 4, 5 zostały wzięte pod uwagę i rozpatrzone pozytywnie. Ze względu, że Monika kocha leniwce i dodatkowo zostaliśmy zachęceni przez strażników małego rezerwatu, którzy pokazali nam przez lunetę panią leniwcową z dzieckiem, nie mogliśmy tego odpuścić. Chodziliśmy przez ponad 2 h z głowami zadartymi ku koronom drzew, by ostatecznie znaleźć jeszcze jednego, hen hen wysoko, huśtającego się leniwca. No cóż, taki ich leniwy urok.

WP_20180315_006.jpg
Zdjęcie robione przez lunetę, dlatego takie krzywe

Kąpiel w rzece Rio Fortuna to było coś pięknego. Czysta, chłodna woda oraz lina do skakania - co więcej potrzeba? Zaskoczeniem był brak budki ze smutnym panem w środku, który chciałby pozbawić nas paru banknotów.

IMG_20180317_143301030-EFFECTS.jpg

Największą i najbardziej wymagającą atrakcją było jednak wejście na szczyt wygasłego wulkanu Cerro Chato i kąpiel w jeziorze, które powstało w kraterze. Złapaliśmy stopa pod początek szlaku i radośnie udaliśmy się w górę. Niestety, szybko uśmiechy zniknęły z naszych twarzy, gdy zaczęto wołać za nami, że nie uiściliśmy opłaty za przejście się kawałkiem drogi, który należy do jakiegoś stowarzyszenia oraz, że droga na szczyt jest zamknięta, więc idziemy tam na własną odpowiedzialność. Nie dało się ich przegadać, że nie chcemy wchodzić asfaltem, tylko skrawkiem pola, tak jak prowadzi szlak, ale koniec końców panowie zeszli z ceny i zapłaciliśmy kilka dolarów za święty spokój.

IMG_20180316_164016075.jpg

Był to najbardziej wymagający trekking jak do tej pory. Ścieżka istniała czysto teoretycznie, gdyż została zmyta przez hektolitry wody.

WP_20180316_006.jpg

IMG_20180316_122622705_edit_1521224790936.jpg

Jej szczątki były powbijane wszędzie, a trasę pokonywało się wyżłobionym kanionem poniżej. Pot lał się po plecach, ale kontakt z przyrodą wynagradzał nam wszystkie niedogodności. Nasłuchiwaliśmy klekotania tukanów i łapaliśmy oddech w cieniu rozłożystych drzew. Lokalne władze zamknęły drogę dla przeciętnych turystów, więc nikt nam nie przeszkadzał podczas żmudnej wspinaczki, jak i w chwilach relaksu, gdy już dotarliśmy do naszego celu.

WP_20180316_021.jpg
Tukan obserwator

IMG_20180316_112136790.jpg

Uwielbiamy się wspinać (szczególnie Moniś, która dostaje palpitacji serca) i patrzeć z góry na to co zostawiliśmy za sobą. Jest to najlepsza zapłata za litry wylanego potu.

Zdobycie szczytu zwieńczyliśmy kąpielą w kraterze, którego woda była lodowata. Na szczęście, temperatura ponad 25 stopni szybko spowiła nasze ciała i gęsia skórka poszła w zapomnienie. Droga powrotna była nieco trudniejsza i Daniel prawie skręcił kostkę, stawiając krzywo stopę przy schodzeniu. Będąc już na dole, zagadaliśmy do jedynych osób na parkingu i na nasze szczęście, podrzucili nas bliżej miasta.

IMG_20180316_132401482.jpg

Widok na krater

IMG_20180316_134847982.jpger>

Lodowata woda wita

Kolejnym i ostatnim przystankiem było po raz kolejny San Jose, które jest głównym hubem przesiadkowym w tym niewielkim państwie.

Następnego dnia kumpel z rana poleciał do Polski, a my mieliśmy zaplanowany tygodniowy pobyt nad Pacyfikiem w miejscowości Samara, a następnie nasz pierwszy Workaway, ale o tym później!

Dzięki, że jesteście z nami,
Pura Vida!

Suchy i Moniś

Komentarze

SortujNajlepsze