pl.NETWORK

Zdarzyło to się… 104 lat temu. "Volontaires de la mort"

3 komentarzy

lesiopm
57
14 dni temuBusy7 min czytania

Na początku muszę przyznać się, że parę lat temu również uległem stereotypowemu postrzeganiu postawy Belgów w czasie wojny, żartowałem nawet z kolegami, że więcej belgijskich żołnierzy zginęło po pijaku niż w walce. Skąd się wzięło takie przekonanie? Chyba przede wszystkim przez ubogą znajomość belgijskiej historii, a także przez nie porównywalnie większą ofiarność Polaków w czasie wojny. Jednakże pomimo tego, że w czasie II wojny światowej część z Belgów kolaborowała z Niemcami, tworzono nawet oddziały wojskowe walczące po stronie niemieckiej, to jednak część z nich nigdy nie pogodziła się z okupacją swojego państwa. I jedną z takich historii chciałby dziś przedstawić.

Zdarzyło do się 104 lata temu, w dniu 25 września 1914 roku niedaleko miejsca, gdzie jeszcze pół roku temu mieszkałem, bitwa lub lepiej by pasowało potyczka miała miejsce w okolicach Montignies-lez-Lens i jest słabo znana nawet pośród belgów. Z punktu widzenia strategicznego bitwa ta nie miała większego znaczenia dla losów wojny, ale pokazuje belgijskiego ducha walki.

W 1914 roku Belgia nie była celem Niemców, była tylko środkiem w drodze do podboju Francji. Nieszczęście Belgi polegało na położeniu geograficznym, niemieckie plany wojenne inwazji na Francję zakładały przemieszczenie tysięcy żołnierzy, broni i sprzętu wojskowego w sekwencji czasowej wzdłuż określonych wektorów w celu szybkiego podboju Francji. Żeby zbliżyć się do Francji zgodnie z tym planem, armia niemiecka musiała przejść przez Belgię.


42489149_1913323105369567_3443088368521445376_o.jpg
Źródło: pl.wikipedia.org

Gdy nadszedł odpowiedni czas Niemcy poprosiły Belgię o pozwolenie przerzucenia armii niemieckiej na granicę belgijsko-francuską. W tym czasie Belgia była uznana na arenie międzynarodowej za państwo neutralne i nie chciała opowiadać się po żadnej ze stron, a tym bardziej wyrażać zgody na przemarsz wojsk niemieckich przez swoje terytorium, dlatego też zdecydowanie odmówiła.

Tak więc armia niemiecka w dniu 3 sierpnia 1914 roku najechała Belgię, realizując słynny plan feldmarszałka Alfreda von Schlieffena (opracowany 1 1905 roku), zakładał on atak na Francję od północy w kierunku Paryża. Armia belgijska broniła się w miarę swoich możliwości, w dniu 14 sierpnia 1914 roku do walki włączył się brytyjski Korpus Ekspedycyjny pod dowództwem generała Johna Frencha. Wielka Brytania miała traktat z Królestwem Belgii i była zobowiązana do udzielenia pomocy w przypadku ataku obcego państwa. Pomimo dużego wysiłku w bitwie pod Mons wojska brytyjskie zmuszone zostały do odwrotu w dniu 23 sierpnia 1914 roku, a armia niemiecka wkroczyła do Francji.

Dochodzimy teraz do sedna dzisiejszej historii, część armii belgijskiej, która nie znalazła się na drodze armii niemieckiej, została na tyłach wojsk niemieckich, przez które prowadzono zaopatrzenie i transportowano kolejne oddziały niemieckie na front.

Pierwsza wojna światowa była par excellence wojną przemysłową, do prowadzenia działań wojennych niezbędne były ogromne ilości ludzi oraz sprzętu wojskowego. W związku z czym niezwykle ważne było utrzymanie stałych szlaków zaopatrzeniowych, w tym przypadku wykorzystywano belgijskie połączenia kolejowe. Ta długa ścieżka logistyczna była oczywiście narażona na ataki partyzantów. Najlepsi niemieccy żołnierze byli potrzebni na froncie, więc słabiej wyszkolone oddziały landsturmu zostały skierowane do zabezpieczenia tyłów.

Niemcy zajmowali tyle terytorium Belgii ile potrzebowali do realizacji planu Schlieffena. Miasto Jurbise stało się ważnym niemieckim węzłem logistycznym, a stacja kolejowa miała znaczenie strategiczne, gdyż położona jest na linii Bruksela - Paryż. Do obrony stacji wyznaczono 2-gą kompanię landsturmu z Hamburga.

Dowództwo armii belgijskiej zastanawiało się nad wzmożeniem wysiłku w działaniach wojennych, pomimo neutralności zostali jednak zaatakowani i wróg zajmował część ich terytorium. Jedną z rzeczy, które im przyszły do głowy to uderzenie w ważną dla niemieckich operacji linię zaopatrzeniową. Zakładali, że będzie to operacja specjalna i będzie przeprowadzona wyłącznie przez wolontariuszy. Do udziału w operacji zgłosiło się 110 żołnierzy i z nich utworzono specjalny pododdział pod dowództwem 23-letniego podporucznika Alberta de Saint Martin. Z uwagi na misję, której mieli się podjąć nadano tej grupie przydomek "volontaires de la mort" (ochotnicy śmierci).


42510322_1913316898703521_7487768498341412864_n.jpg
Źródło: www.hasel.be

W przypadku tego oddziału dobrze by pasowało również określenie rowerowi komandosi, gdyż żołnierze poruszali się na rowerach. Wyruszali spoza obszaru kontrolowanego przez armię niemiecką w pobliżu Antwerpii, w kierunku niemieckich tyłów, żeby zinfiltrować pozycje niemieckie i wybrać dogodne miejsce do ataku na linię kolejową z Brukseli w kierunku Jurbise. To była pierwsza wojna światowa. Kto by się spodziewał, że niewielka grupa belgijskich żołnierzy pojedzie na rowerach na niemieckich tyłach.

Oczywiście byli w mundurach, gdyż byli żołnierzami, a nie partyzantami. Unikali głównych dróg na których spodziewali się ruchu wojsk niemieckich. Żaden niemiecki żołnierz ich nie widział, z wyjątkiem jednego. Jeden samotny i bardzo zdumiony niemiecki żołnierz, wpadł na nich w Marcqu. Zabicie go mogło być ryzykowne, gdyż pozostawione ciało mogliby odkryć inni żołnierze niemieccy. Ponadto zaskoczony żołnierz niemiecki sam się poddał, więc nie mieli wyboru musieli go wziąć do niewoli. Tak więc grupa belgijskich żołnierzy na rowerach bierze niemieckiego jeńca wsadzają go na rower i w dalszym ciągu kontynuuje operację.

W dniu 25 września 1914 roku osiągają cel swojej podróży, zatrzymują się w młynie Masnuy nieopodal wioski w pobliżu torów kolejowych. Ich zadanie polegało na podłożeniu ładunków wybuchowych na torach, które miały być zdetonowane w momencie przejazdu pociągu. Zanim byli w pełni gotowi, nadjechał pociąg amunicyjny. Musieli odpuścić tym razem, ale maszynista na pewno ich widział i poinformuje o tym niemieckiego dowódcę w Jurbise, więc nie mieli wyboru, musieli wysadzić kolejny pociąg, który nadjechał kwadrans później.

Na rozkaz podporucznika de St. Martin wysadzono ładunki pod lokomotywą, następnie miał zostać wysadzony wagon amunicyjny, jednakże tym razem, zamiast amunicją wagony były wypełnione niemieckimi żołnierzami podążającymi na front. Po wysadzeniu lokomotywy niemal natychmiast żołnierze wyskakiwali z wagonów, żeby zaatakować Belgów. Na dodatek w tym samym czasie od strony Jurbise przybyli żołnierze 2-giej kompanii landsturmu.

Siły niemieckie zdecydowanie przewyższały oddział belgów. Dowodzenie siłami niemieckimi przejął dowódca landsturmu oberleutnant Kotka. W krótkim czasie zorientował się w sytuacji, że są w stanie okrążyć i całkowicie odciąć belgom wszelką drogę ucieczki, co też zamierzał zrobić. Również Belgowie zorientowali się co im grozi, podporucznik de St. Martin polecił uwolnić jeńca, nie był im już do niczego potrzebny, a następnie wydał rozkaz do ataku, żeby przerwać okrążenie Niemców. De St. Martin poprowadził swoich "volontaires de la mort" do ostatniego ataku, chwilę później niemiecka kula roztrzaskała mu czaszkę, samobójczy atak belgów pomimo dużej liczby ofiar okazał się wybawieniem dla innych, wielu żołnierzom udało się przedrzeć i uciec na rowerach w kierunku Antwerpii.


42563719_1913316028703608_898047532398018560_n.jpg
Źródło: www.guerre1418.org

Praktyka znana między innymi z okupowanej Polski, że Niemcy mszczą się na ludności cywilnej za czyny popełnione przeciw okupantowi, miała już miejsce w okresie pierwszej wojny światowej. Oberleutnant Kotka, w odwecie za wysadzenie torów, otrzymał rozkaz spalenia pobliskiej wsi i rozstrzelania cywilów podejrzanych o pomoc belgijskim żołnierzom. O tej praktyce wiedzieli wszyscy, więc nie dziwi zachowanie burmistrza Louis L'Oliviera, który, gdy tylko usłyszał wybuch uciekł natychmiast z wioski i wrócił dopiero w dniu 6 grudnia 1918 roku, już po wojnie. Jak burmistrz miał prawo sądzić, że w pierwszej kolejności zostanie pociągnięty do odpowiedzialności i rozstrzelany. Podobnie uczynił miejscowy ksiądz ojciec Croisiaux, który uciekł do Francji i wrócił również w grudniu 1918 roku.

Jednak ku zaskoczeniu miejscowej ludności Oberleutnant Kotka nie spalił wioski i nie rozstrzelał nikogo. Wybrał tylko jeden samotny opuszczony dom, upewniwszy się, że nie ma nikogo w środku podpalił go i zgłosił swoim przełożonym wykonanie rozkazu.

Prawdopodobnie humanitarne potraktowanie niemieckiego jeńca przez pododdział podporucznika Alberta de Saint Martin sprawiło, że i oberleutnant Kotka postanowił zachować się po ludzku w stosunku do niewinnej ludności cywilnej.

rue.jpg
Zdjęcie własne

Dzielny podporucznik de Saint Martin został patronem ulicy niedaleko miejsca gdzie zginął. Jego szczątki pochowano na cmentarzu w Masnuy-Saint-Pierre.


*Subiektywne opracowanie, które ma na celu przybliżyć czytelnikowi w sposób przystępny wydarzenia historyczne, wspomagałem się materiałami z Wikipedii i innymi. Obrazy pochodzą z Wikimedia na licencji CC0.


Pozdrawiam Piotr @lesiopm / @browery

Komentarze

SortujNajlepsze