pl.NETWORK

Stacja Dyneburg #3: Cud Boży. Studium przypadku.

3 komentarzy

basementdisco
50
13 dni temuSteemit11 min czytania

Republika Łotewska proklamowała swoją niepodległość 18 listopada 1918 roku. Pierwsze lata istnienia nowego, niepodległego państwa były czasem niepokoju. Podobnie jak w Polsce w 1920 miała miejsce wojna z Bolszewikami, a w jej ramach Bitwa pod Dyneburgiem, zakończona zwycięstwem koalicji polsko-łotewskiej (między innymi to wydarzenie jest podstawą trwających do dzisiaj dobrych stosunków obu naszych narodów). Polegli w tej bitwie Polacy spoczęli na cmentarzu wojskowym na dyneburskiej Słobódce, niestety późniejsza władza radziecka postanowiła zlikwidować nekropolię, a z czasem powstało tam śmietnisko. Na szczęście w 1992 roku dzięki staraniom miejscowych Polaków odsłonięto wysoki, betonowy krzyż oraz tablice z nazwiskami poległych, a teren wokół oczyszczono. Krzyż jest obecnie pamiątką tamtych wydarzeń, miejscem spotkań Polaków przy okazji różnych uroczystości, a przede wszystkim jednym z najważniejszych wyznaczników polskiej tożsamości tego miasta. Z drugiej strony pewną ciekawostką jest fakt, że każda osoba wjeżdżająca do Dyneburga od strony południowej mija wielki "Pomnik obrońców miasta" (Памятник защитникам города), przedstawiający żołnierza Armii Czerwonej zwróconego w kierunku południowo-zachodnim (czyli bezpośrednio w stronę Polski) z uniesioną prawą ręką, mającą niejako zatrzymać armię przeciwnika nadchodzącą z tej właśnie strony. Monument odsłonięty w 1975 roku, pomimo zmiany ustroju oraz władzy, stoi do dzisiaj i jest jednym z wielu przykładów na to, że jadąc tam i chcąc zrozumieć specyfikę tego terenu należy zostawić myślenie w kategoriach czarno-białego świata w domu.
Rok 1923 był czasem względnego spokoju i to właśnie w nim urodziła się bohaterka kolejnej opowieści - Pani Walentyna. Wypominanie kobiecie wieku uchodzi za niekulturalne ale w tym przypadku czuję się usprawiedliwiony bowiem w tym roku (2018) obchodziła ona swoje 95 urodziny i chociaż mijający czas odcisnął się już na jej zdrowiu, to wciąż zachwyca ona bystrością umysłu, ciekawymi opowieściami z przeszłości oraz przede wszystkim pięknym świadectwem życia które pomimo swoich trudów może być dobre i wartościowe.

IMG_20180708_175319_slobodka.jpg
Krzyż na Słobódce, Dyneburg.

Trzy etapy: pierwszy - jak w Polsce.

Na pytanie o to co stoi za fenomenem zachowania polskości wśród miejscowych Polaków, pomimo wielu przeszkód, szczególnie w okresie Łotwy Radzieckiej, Pani Walentyna odpowiada: "Cud Boży". Dyneburg jej dzieciństwa to miasto co prawda łotewskie, ale leżące zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od terenów ówczesnej II RP. Bardzo dobrze wspomina swoich rodziców: Ojca, który był pracownikiem na kolei i Mamę - kobietę pochodzącą z okolic Wilna, jej opowieści o wizytach w Ostrej Bramie, pobożność, umiłowaniu tradycji i umiejętność zachowania porządku oraz ładu w domu pomimo posiadania licznej rodziny. Do momentu wybuchu II Wojny Światowej śmiało można było mówić o Dyneburgu jako "małej Polsce". "Sąsiad Polak, w aptece, sklepie, szkole, kościele, pomiędzy koleżankami i kolegami, w harcerstwie - wszędzie rozmawiało się po polsku" - tak właśnie wyglądał świat oczami młodziutkiej Pani Walentyny. Podkreśla ona bardzo mocno znaczenie harcerstwa w jej życiu. Regularne zbiórki, dobra atmosfera, pozytywne zaangażowanie hufcowych, wycieczki, nauka historii i tradycji patriotycznych m.in. poprzez dbanie o groby na wyżej wspomnianym cmentarzu na Słobódce - to wszystko stworzyło w niej solidny fundament polskości, który w kolejnych kilkudziesięciu latach był wielokrotnie wystawiany na ciężkie próby. Latem 1939 roku nasza bohaterka brała udział w obozie harcerskim w ukochanej Polsce (w Augustowie), a tuż po jej powrocie do domu wybuchła II Wojna Światowa.

Etap drugi: wojna i czasy sowieckie.

Czas wojny był dla Pani Walentyny z jednej strony momentem trudnych przeżyć, doświadczenia okrucieństwa i wielkiej niepewności, a z drugiej strony czasem wchodzenia w dorosłość. Wiosną 1942 roku poślubiła ona swojego już śp. męża Pawła, Polaka - patriotę, którego wspomina jako człowieka bardzo oddanego Polsce i wszystkiemu co polskie. Spoglądając wstecz opowiada wielokrotnie powtarzającą się sytuację, w której oboje szli przez bazar, a Pan Paweł potrafił zatrzymać się przy straganie, zaczepiając żonę: "Walu, zaczekaj, to z Polski”. Niekoniecznie kupował daną rzecz, ale zawsze zwracał na nią uwagę, widząc w niej niewielki ułamek umiłowanej Ojczyzny.
W trakcie i tuż po II Wojnie Światowej Łotwa wraz z Dyneburgiem przechodziła z rąk do rąk: najpierw sowieckich, później nazistowskich-niemieckich, a potem na kilkadziesiąt kolejnych lat z powrotem sowieckich. I to czasy ZSRR Pani Walentyna wspomina z największą goryczą w głosie, mówiąc wprost o piekle, które przeżyła. Nasza bohaterka przez większość swojej kariery zawodowej pracowała jako nauczycielka języka łotewskiego w rosyjskiej szkole. Uwielbiała swoich uczniów, jednak atmosfera strachu i podejrzliwości panująca w placówce wymuszała założenie pewnej "maski" i przyjęcie bardzo chłodnej, formalnej postawy wobec podopiecznych, co było całkowicie wbrew jej naturze. Dodatkowo jako nauczycielka, w pewnym sensie osoba publiczna, nie mogła otwarcie praktykować religii katolickiej, ani tym bardziej kultywować i rozwijać polskości, gdyż taka postawa stała w opozycji do założeń panującego ustroju. I tak żyła przez wiele ciężkich lat w swoistym wewnętrznym rozdarciu: z jednej strony realizowała swoje powołanie i pasję nauczycielską, natomiast z drugiej robiła to w ramach systemu, który gnębił najważniejsze dla Niej wartości i tradycje.
Inaczej wyglądał również powojenny Dyneburg. Śmierć, przymusowe wywózki, przesiedlenia zmieniły strukturę etniczną i narodowościową miasta. Jego przemysłowy rozwój powodował napływ wielu nowych ludzi, w tym również Polaków z terenów np. dzisiejszej Białorusi czy Litwy, ale przede wszystkim rosyjskojęzycznej ludności z głębi ZSRR. Sowiecki Dyneburg mimo, że znajdował się w tym samym miejscu na mapie, nie był już tym samym miastem, w którym wychowała się nasza bohaterka.

Polskość jako wolność, wartość i wybór.

Naszą wspólną rozmowę Pani Walentyna rozpoczęła w zasadzie od historii jednego ze swoich synów. Otóż w pewnym momencie swojego życia mieszkając w Rydze, związał się on z Rosjanką. Sytuacja ta bardzo zmartwiła Panią Walentynę. Zakładała ona bowiem, co się okazało na tamten moment zgodne z prawdą, że przyszła synowa jest osobą niewierzącą, co w połączeniu z jej inną narodowością może być zagrożeniem dla zachowania polskiej tożsamości i wiary katolickiej, zarówno przez syna jak i przez ich przyszłe wspólne potomstwo. Widziała ona jak wyglądają mieszane małżeństwa wokół niej i jak często pod naciskiem wewnątrz rodziny lub pod presją ze strony panującego systemu ludzie rezygnują nawet z komunikacji w języku polskim, mimowolnie dryfując w stronę rusyfikacji.
Obawy Pani Walentyny okazały się jednak niepotrzebne, ponieważ realna sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Przyszła (jeszcze wtedy) Synowa już na pierwszym spotkaniu poprosiła o książki w języku polskim i zadawała pytania o swój ewentualny chrzest w obrządku rzymskokatolickim, który z czasem stał się faktem. Okazało się, że zakochała się ona nie tylko w Synu Pani Walentyny, ale również w tradycji, wierze i kraju z którego pochodzili jego przodkowie. Jako małżeństwo dochowali się oni dwóch synów (a wnuków Pani Walentyny), mieszkali razem z rodzicami Synowej, a językiem komunikacji w ich wspólnym domu był rosyjski. Syn zawsze rozmawiał ze swoimi potomkami tylko i wyłącznie po polsku, co początkowo nie podobało się jego teściowej, która twierdziła (szczególnie w przypadku jej pierwszego wnuka), że dziecko wychowane w ten sposób nie będzie znało dobrze żadnego z tych języków. Syn Pani Walentyny pokazał jednak swój charakter, nie ugiął się pod presją i konsekwentnie robił swoje. Finalnie, gdy po 1989 roku zaistniała taka możliwość, obaj jego synowie dalej rozwijali swój język polski na różnych kursach oraz z czasem ukończyli studia w Polsce. Starszy pozostał w Polsce i osiadł na Podkarpaciu, młodszy zaś wrócił do Rygi.
Pani Walentyna podkreśla, że jest bardzo wdzięczna Polsce za wykształcenie wnuków, ja zaś stwierdziłem od siebie, że co by się nie działo to i tak Polska powinna być jej sto razy bardziej wdzięczna za świadectwo jej życia. Chwali sobie obecny kontakt z Wnukami, którzy często do niej dzwonią, a ona jest dla nich jak sama mówi "nie jak babcia a jak przyjaciółka". Również Syn i Synowa regularnie odwiedzają Polskę i mówią w niemal wyłącznie samych superlatywach o wszystkim, czego doświadczają podczas tych podróży.

Etap trzeci: Nowa Łotwa.

Wróćmy teraz do Dyneburga, tego sprzed około 30 lat. Pod koniec lat 80tych, gdy komunizm chylił się ku upadkowi, miejscowi Polacy powoli zaczęli od nowa się zrzeszać. Pani Walentyna, wtedy już emerytka, otrzymała propozycję współpracy jako nauczycielka w polskiej szkole niedzielnej. Niejasna była wtedy jeszcze sytuacja w kontekście reaktywacji polskiej placówki edukacyjnej. Szkoła niedzielna dla dzieci, które wtedy na co dzień uczęszczały do szkoły rosyjskiej, była pewnego rodzaju formą przejściową pozwalającą na płynne przejście do tej “właściwej” polskiej w razie jej otwarcia. Nasza bohaterka zajęła się organizacją i prowadzeniem najmłodszej grupy dzieci. Wspomina chwilę, gdy pod koniec grudnia mogła po wielu latach czekania napisać na tablicy w języku polskim "Wesołych Świąt Bożego Narodzenia”. Tuż po tym nie była w stanie odwrócić się z powrotem do klasy, ponieważ wstydziła się łez, które napłynęły do jej oczu do tego stopnia, że zapłakała na głos i przestraszyła dzieciaki. Dni, które we wspomnieniach jej dzieciństwa kojarzyły się z ciepłą, świąteczną atmosferą, a w dorosłym życiu były zwykłymi dniami roboczymi, wreszcie zaczęły odzyskiwać swój utęskniony tradycyjny charakter. Uczniowie uczestniczący w zajęciach szkoły niedzielnej nie mieli łatwo, ponieważ chodzili do szkoły praktycznie cały tydzień. Mimo to na weekendowe zajęcia czekali z niecierpliwością i bardzo chętnie brali w nich udział, do tego stopnia, że znajomi nauczyciele z szkoły rosyjskiej zadawali Pani Walentynie pytania w stylu: "Co Wy robicie, że wszystkie dzieci czekają tylko na koniec tygodnia a gdy on nadejdzie z radością biegną do Was?". Odpowiedź przyniosła im Pani Dyrektor jednej z rosyjskich szkół zaproszona przez rodziców i dziadków zaangażowanych w działanie szkoły niedzielnej na inscenizację jednego z tradycyjnych świąt. Po spędzeniu czasu w polskim towarzystwie wiedziała wszystko. Podsumowała to jednym zdaniem: "Tu jest jak w raju". Życzliwy klimat, pełen zrozumienia, cierpliwości i empatii, tak przecież potrzebnych dorastającym dzieciom, był niemalże odwrotnością tego, czego doświadczały na co dzień w szkole rosyjskiej.
Z czasem Szkoła Polska została oficjalnie otwarta i rozpoczęła nauczanie. Początki nie były łatwe. Brakowało wyposażenia i wielu innych rzeczy, na szczęście jednak osoby reaktywujące placówkę spotkały na swojej drodze Pana Jana Platera-Gajewskiego, który wyjął notes, zapytał jedynie czego i w jakiej ilości potrzeba i w niedługim czasie wszystko sfinansował ze swojej kieszeni. Dalej już w pierwszych latach swojego funkcjonowania, dzięki zaangażowaniu nauczycieli na czele z śp. pierwszą panią Dyrektor Gertrudą Grave oraz środowiska wokół szkoły, stała się ona jedną z najlepszych placówek edukacyjnych w Dyneburgu i ten stan utrzymuje się do dzisiaj.

Es esmu znaczy Jestem.

Wiara i głębokie uduchowienie Pani Walentyny robią niesamowite wrażenie. Wiele mówi się o ogólnym kryzysie wiary w Polsce, czy na Świecie. Moim zdaniem, bierze się on z wyczerpania pewnej formuły, w której funkcjonowały poprzednie pokolenia, polegającej na praktykowaniu wiary tylko jako elementu tradycji, przyzwyczajenia, gdzie tylko nieliczni zadawali sobie trud szukania kontaktu relacji z żywym Bogiem. Do tej grupy na pewno nie należy nasza bohaterka. Pod koniec naszej rozmowy nieco zawstydzona zaczęła opowiadać mi o tym, jak oglądała w telewizji nabożeństwo protestanckie będące częścią Łotewskiego Festiwalu Pieśni i Tańca (po łotewsku w skróconej wersji Dziesmu svētki). Pierwsze słowa prowadzącego je Pastora brzmiały “Es esmu”, co w tłumaczeniu na polski oznacza “Jestem” . Momentalnie przywiodło to jej na myśl skojarzenie z ołtarzem Bazyliki Górnej w Licheniu, gdzie widnieją słowa "Jestem który jestem", nawiązujące do sceny ze Starego Testamentu, a jednocześnie słowa te były przekaz z samej góry dla niej, łotewskiego narodu i reszty świata mówiący o tym, że Bóg zawsze jest i żyje. Pękająca w szwach z nadmiaru ludzi świątynia była dla Pani Walentyny pięknym znakiem tego, że Łotysze po latach laicyzacji wracają do Boga.

Świadectwo.

Dotychczasowa historia życia Pani Walentyny to wspaniałe świadectwo patriotyzmu, wiary i pokory oraz niezłomnego polskiego charakteru, który nie poddał się pod ciężarem wielu lat trudności. Jej teraźniejszość również nie należy do najłatwiejszych. Stan zdrowia nie pozwolił jej m.in. na czynne uczestnictwo w tegorocznym czerwcowym odsłonięciu pomnika króla Stefana Batorego i wydarzeniom mu towarzyszącym, nad czym bardzo ubolewa. Mimo to, nie opuszcza jej pogoda ducha, bo ufa Bożej opatrzności i wie, że co by się nie działo wszystkie swoje powinności na wielu płaszczyznach wykonała najlepiej jak mogła. Kilka razy do roku regularnie odwiedza ją rozśpiewany i roztańczony zespół "Kukułeczka", działający przy dyneburskim Centrum Kultury Polskiej. Występuje on w zasadzie dla wszystkich sąsiadów Pani Walentyny, gdyż często rozpoczyna swój pokaz tuż po przekroczeniu drzwi wejściowych kamienicy, a kontynuuje po wejściu do jej mieszkania. Na co dzień nasza bohaterka cały czas stara się być, głównie za sprawą telewizji, na bieżąco z tym co dzieje się w Polsce. Jak sama mówi: "Żyjemy okruchami, gdzie co usłyszymy, gdzie co przeczytamy, łapiemy to jak powietrze i to już nas cieszy".
Na zakończenie naszej rozmowy powiedziała mi, że będzie szczęśliwa i spełniona jeżeli swoimi historiami poruszy "chociaż jedno polskie serduszko". Warunek spełnił się automatycznie, ponieważ moje zostało poruszone. Mam nadzieję, że Wasze, przynajmniej w części, również.

PS. W trakcie redagowania tego tekstu dotarła do mnie smutna wiadomość o śmierci pani Gertrudy Grave, wspomnianej inicjatorki reaktywacji Gimnazjum Polskiego i późniejszej wieloletniej zasłużonej dyrektor. Requiescat In Pace.

Komentarze

SortujNajlepsze